W długiej historii muzyki pojawiło się niewiele utworów, których Tomasz Pasławski nie zdecydowałby się zagrać w kościele. W ciągu piętnastu lat swojej kariery
młody organista z Gliwic zachwycał (lub też szokował) wiernych m.in. „Schodami do nieba” Led Zeppelin,
„Rydwanami ognia” Vangelisa, piosenkami The Beatles, walcami Straussa i współczesnymi dziełami elektronicznymi" Jeana Michela Jarre'a. Naukę gry
na fortepianie rozpoczął w wieku czterech lat. Najpierw było ognisko muzyczne,
później Szkoła Muzyczna I i II stopnia. Przy organach pierwszy raz zasiadł w VII
klasie szkoły podstawowej w kościele na gliwickim osiedlu Sikomik.
W liceum grał już regularnie, zmienił się jedynie kościół - przeszedł do parafii p.w.
Wszystkich Świętych. Po maturze zamienił fortepian na śpiew i został studentem Wydzialu Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Katowicach w klasie adj. Alicji
Słowakiewicz.
W kościele Wszystkich Świętych po raz pierwszy w życiu zasiadłem do klawiatury klasycznych organów.
Musiałem opanować nieznane mi do tej pory elementy gry, w tym zasady rejestrowania, czyli doboru barwy oraz grę na klawiaturze nożnej. Reszta to talent i fantazja.
Jestem organowym samoukiem. Na tym instrumencie nikt nigdy nie uczył mnie grać. Udało mi się jednak go ujarzmić, a w najstarszym gliwickim kościele grywam do dziś. Sentyment pozostał... przyznaje pan Tomasz.
Swój styl wypracował grając w parafii św. Bartłomieja. Artysta dysponuje dziś pięknym, szkolonym głosem. Śpiewa basem, który, jak zapewnia... również zawdzięcza Kościołowi.
Pełniąc służbę organisty, musiał przynajmniej zaintonować pieśń. Jak na muzycznego perfekcjonistę przystało, także to chciał robić jak najlepiej...
Zdawałem sobie sprawę z, oględnie mówiąc, pewnych niedoskonałości mojego głosu. Chcą to jakoś wiernym wynagrodzić , postanowiłem wykorzystać umiejętności zdobyte podczas nauki gry na fortepianie. Dopiero studia na Akademii Muzycznej zrekompensowały początkowe braki [głosowe]- tłumaczy dziś muzyk.
Pan Tomasz przyznaje, że zdolności do aranżacji i umiejętność gry ze słuchu tkwiły w nim „od zawsze”. Z biegiem czasu mógł do tej listy dopisać również dobre
opanowanie techniczne fortepianu. Wszystko to podparł dodatkowo solidną nauką harmonii [nauka o łączeniu dźwięków w akordy - czyli współbrzmienia], wyniesioną ze Szkoły Muzycznej w Rybniku.
Chciałem opanować tzw.amerykańską technikę gry, która pozwala łatwo i szybko nabyć spore umiejętności, umożliwiając zarazem uzyskanie pięknego dźwięku. Obecnie pozwala mi ona błyskawicznie aranżować utwory na organy bez konieczności długiego i żmudnego ich ćwiczenia -
wyjaśnia.
Swój talent prezentuje w każdą niedzielę w kościele
p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej na gliwickim osiedlu Trynek. Parafianie bardzo szybko przyzwyczaili się do nietypowego stylu gry
i dziś wszyscy zgodnie, niezależnie od wieku, po mszy czekają na solowy popis.
-
Zazwyczaj prezentuję prapremierowe wykonanie nowego utworu. Ciekawostka polega jednak na
tym, że z reguły jest to też prapremiera dla mnie. Zawsze improwizuję. Zdarza się, że pomysł rodzi się dopiero w czasie mszy, na ogól jednak temat muzyczny słyszę w rozmaitych sytuacjach. Później jedynie muszę się przekonać, czy to coś będzie dobrze brzmiało na organach - zapewnia z uśmiechem młody organista.
-
Na Trynku gram gościnnie. Jestem za to bardzo wdzięczny. Ksiądz proboszcz Gerard Zug umożliwia mi rozwój, dostęp do instrumentu, na którym mogę ćwiczyć,
zachęca też do koncertowania.
Właśnie ta improwizacja przyciąga ludzi jak magnes.
Nie w każdym kościele można przecież usłyszeć największe przeboje muzyki rozrywkowej czy też repertuar typowo musicalowy. Artysta nigdy nie zastanawia się nad tym, jak zagrać konkretny utwór. Opracowanie tworzy na bieżąco.
Improwizacja weszła mu w krew na tyle mocno, że nawet koncerty, na które kilka razy do roku zaprasza słuchaczy, powstają niemal „z marszu”.
-
W czasie przygotowań wyławiam jedynie pomysły.
Podczas ostatniego koncertu noworocznego chciałem skorzystać z nut do walca „Nad pięknym, modrym Dunajem”. Z rozpędu jednak zagrałem w zupełnie innej
tonacji, więc przygotowane nuty na nic się nie przydały! W kościele czasami zamiast nut nad słowami zapisuję sobie jedynie rytm. Znacznie więcej czasu i pracy pochłaniają utwory, które w czasie koncertów wykonuję z pomocą komputera.
Zdarzyło się już, że nad instrumentacją popularnej arii „Gdybym był bogaty” ze „Skrzypka na dachu”, z podziałem na około czterdzieści instrumentów, pracowałem ponad
miesiąc - podkreśla.
Pan Tomasz zapewnia, że służba w kościołach daje mu ogromną satysfakcję.
Wie, że jego gry i śpiewu słuchają rzesze ludzi. Lubi dla nich grać i twierdzi wręcz,
że to go uskrzydla.
Przyznaje, że już w szkole muzycznej niedopracowany utwór brzmiał znacznie lepiej podczas stresującego koncertu niż w trakcie spokojnych
lekcji w klasie. Cieszy się też, że na swój sposób wzbogaca liturgię. Problem jedynie w tym, że dodatkowa muzyka w świątyni nie zawsze spotyka się z aprobatą
duchownych.
-
Jest świetny zarówno jako muzyk, organista, jak i śpiewak. Na ogół stara się dobierać utwory z kanonu pieśni liturgicznych, wiem jednak, że wierni oczekują od niego czegoś więcej. Bardzo go cenią, czego najlepszym dowodem jest pękający w szwach kościół w czasie jego tradycyjnych koncertów. Osobiście może mnie to tylko
cieszyć -uważa
ks. Gerard Zug.
-
Być może z liturgicznego punktu widzenia to rzeczywiście nie ma sensu i być może Straussa nie powinno się grać w kościele. Jeżeli jednak ktoś zostanie w świątyni pięć minut dłużej, a później przy wyjściu nie zapomni się przeżegnać, to chyba wszystko jest w porządku. Chciałbym, żeby moja muzyka swoim pięknem zwracała myśli słuchaczy ku Bogu, by nie zapomnieli podziękować Mu za to, że mogą jej słuchać - rozważa z
kolei organista.
Największe marzenie pana Tomasza to nagranie dotychczasowych opracowań. Muzyk wierzy, że kiedyś mu się to uda, choćby z pomocą sponsora.